Dlaczego krem z witaminą E od Bath & Body Works zniknął z mojej kosmetyczki

Pierwszy raz sięgnęłam po krem z witaminą E od Bath & Body Works zupełnie przypadkiem, szukając czegoś lekkiego do torebki na jesienne dni. Marka kojarzyła mi się głównie z żelami pod prysznic i balsamami w pięknych opakowaniach, więc produkt do pielęgnacji twarzy był dla mnie pewnym zaskoczeniem. Po kilku tygodniach regularnego stosowania wiedziałam już, że ten krem podzieli moją kosmetyczkę na „przed" i „po", niestety nie w taki sposób, jakiego oczekiwałam.

Witamina E od dawna uchodzi za jeden z najważniejszych składników anti-aging, więc miałam wobec tego kosmetyku spore oczekiwania. Szukałam czegoś, co nawilży skórę, ochroni ją przed wolnymi rodnikami i sprawi, że będzie wyglądała świeżo nawet po nieprzespanej nocy. Bath & Body Works obiecywał dokładnie to wszystko, a do tego kuszącą konsystencję i delikatny zapach, który miał umilać codzienną pielęgnację.

Pierwsze wrażenie po otwarciu słoiczka

Krem zamknięty jest w niewielkim, minimalistycznym pojemniczku z ciężkiego szkła, który od razu sprawia wrażenie produktu premium. Po odkręceniu wieczka moje nozdrza wypełnił subtelny, lekko kwiatowy aromat, który nie był nachalny i nie kolidował z moimi perfumami. Konsystencja okazała się gęsta, ale jednocześnie aksamitna, dobrze rozprowadzająca się po skórze bez efektu ciągnięcia. Już po pierwszej aplikacji poczułam, że skóra stała się bardziej miękka i wyraźnie napięta, co dawało obietnicę naprawdę dobrych efektów.

Skład, który kusi witaminą E

Witamina E znajduje się wysoko w składzie, co od razu przypadło mi do gustu, bo oznacza realną zawartość, a nie jedynie marketingowy chwyt. Oprócz niej w formule znajdziemy masło shea, ekstrakt z aloesu oraz kilka silikonów, które mają wygładzać i chronić naskórek. Producent chwali się też brakiem parabenów i sztucznych barwników, co wpisuje się w moje wegańskie i cruelty-free podejście do pielęgnacji. Przyznam jednak, że kilka składników komedogennych trochę mnie zaniepokoiło, zwłaszcza że moja skóra bywa kapryśna.

Codzienne stosowanie i pierwsze efekty

Przez pierwsze dwa tygodnie krem sprawdzał się świetnie jako baza pod makijaż i nocna pielęgnacja. Skóra po przebudzeniu wyglądała na wypoczętą, a drobne przesuszenia na policzkach zniknęły niemal całkowicie. Doceniałam też fakt, że kosmetyk nie pozostawiał tłustego filmu, dzięki czemu mogłam spokojnie nałożyć podkład bez obaw o jego ścieranie. Niestety, z czasem zaczęłam zauważać coś, co początkowo zignorowałam.

Drobne niedogodności, które zaczęły przeszkadzać

Po miesiącu stosowania moja mieszana skóra zaczęła reagować nieprzewidywalnie. Najpierw pojawiły się niewielkie krostki w strefie T, które przypisywałam zmianie pogody, jednak gdy nie znikały, postanowiłam poszukać przyczyny. Okazało się, że moje pory zaczęły się zatykać, a na brodzie i nosie pojawiły się mikrozaskórniki. Przy okazji przypomniałam sobie, że po podobnych problemach sięgałam już kiedyś po First Aid Beauty i efekty były zupełnie inne, dlatego wracam do recenzji Ultra Repair Cream niemal przy każdym kryzysie pielęgnacyjnym.

Porównanie z innymi produktami z półki

W tym samym czasie testowałam inne kultowe kosmetyki, między innymi serię Clochee i balsamy Lush, więc miałam świetne tło do porównań. Krem Bath & Body Works wypadał świetnie pod względem zapachu i opakowania, ale w kwestii tolerancji skórnej przegrywał z większością moich ulubieńców. Clochee dawała podobne nawilżenie, ale bez ryzyka powstawania niedoskonałości, a Lush oferował dodatkowo rytuał pielęgnacyjny, którego tutaj mi brakowało. Te zestawienia uświadomiły mi, że pora poszukać czegoś łagodniejszego.

Ostatnie tygodnie i decyzja o pożegnaniu

Ostatniego miesiąca używałam kremu wyłącznie punktowo, na najbardziej suche partie ciała, gdzie moja skóra tolerowała go znacznie lepiej niż na twarzy. To dość wymowna sytuacja, bo krem do twarzy powinien przede wszystkim służyć właśnie cerze. Podczas porządków w kosmetyczce pomyślałam o jednym z moich starszych wpisów o zdobieniu paznokci z kokardką, gdzie podkreślałam, że każdy kosmetyk powinien mieć swoje miejsce i swoje konkretne zadanie. Ten produkt niestety to zadanie stracił.

Czy krem z witaminą E zasługuje na drugą szansę

Nie wykluczam, że przy innej cerze, na przykład suchej lub normalnej, ten krem mógłby sprawdzić się znakomicie, bo ma wiele zalet, których nie można mu odmówić. Witamina E w porządnej dawce, przyjemna tekstura i piękne opakowanie to argumenty, które przemawiają do wielu osób. Ja jednak należę do grupy, która potrzebuje lżejszych formuł i składników o wysokim profilu bezpieczeństwa, dlatego ostatecznie żegnam się z nim bez żalu. Zajrzyjcie do moich aktualnych wpisów na blogu i sprawdźcie, jakie kremy polecam teraz, a swoimi ulubieńcami podzielcie się w komentarzach pod najnowszymi recenzjami.